Popkultura Lifestyle Pieniądze
Powiedziałem sobie, że nie będzie na tym blogu polityki. Jest jej dosyć wokół nas, bombardowani jesteśmy nią zewsząd i nie chciałem, żeby bombardowała również ze stron tego bloga. Ale nie można nie dotknąć tematu polityki przy recenzji książki, która polityki właśnie dotyczy. Wiem mógłbym ją pominąć i nie umieszczać jej tutaj. Jednak poniekąd zgadzam się z treścią tej książki i można wziąć jej treść pod rozważanie niezależnie od upodobań politycznych. Wystarczy tylko podejść do tematu z otwartą głową 🙂
Na początek zanim przejdziemy do książki, krótko o samej autorce. Pani Anne Applebaum, a dokładniej Applebaum-Sikorski to amerykańska dziennikarka żydowskiego pochodzenia, prywatnie żona Radosława Sikorskiego (po tej informacji, część osób już jest do niej zrażona). Jednakże Pani Applebaum to nie byle jaka dziennikarka, a laureatka Nagrody Pulitzera co by nie mówić jest to wyczyn w świecie amerykańskiego zawodowego dziennikarstwa. Pani Anne jest bardzo uznaną publicystką szczególnie jeżeli chodzi o Europę Środkowo-Wschodnią. Niestety jej pochodzenie i mąż mocno ją szufladkuje w Polsce – kraju który bezsprzecznie jest mocno spolaryzowany.
„Zmierzch demokracji” to książka moim zdaniem napisana przede wszystkim do zachodniego czytelnika zza oceanu. Ma sporo sensownych spostrzeżeń na temat obecnej sytuacji politycznej – tak książka ma sporo ciosów wyprowadzonych w Prawo i Sprawiedliwość oraz inne partie prawicowe w Europie, niemniej jednak moim zdaniem nie to w tej książce jest najważniejsze. Pani Applebaum trafnie ocenia destrukcję szczególnie w Polsce centro-prawicowej sceny politycznej. W tym aspekcie jestem tego samego zdania – na chwilę obecną w Polsce centrum nie istnieje. Nasz kraj został tak mocno spolaryzowany, że albo jesteś lewakiem z powiewającą tęczową flagą w dłoni albo nacjonalistą prawicowcem, który wybiłby wszystkich innych w imię Boga i kraju, którym oczywiście byłby katotaliban Polski. W tej książce mamy spojrzenie w przeszłość zestawione ze stanem obecnym polityki naszego kraju, ale i analizę tego jakie grupy interesu dochodzą lub już są u władzy w takich krajach jak np. często zestawiane z Polską – Węgry. „Zmierzch demokracji” czyta się trochę jak sprawozdanie z tego co zachodzi lub może zajść w Europie jeżeli utrzyma się obecny trend, a obecny trend jak widać po wyborach na Węgrzech lub w Turcji się utrzymuje. Część Europy zaczyna mocno sympatyzować z politykami o autokratycznych zapędach i nacechowanych nacjonalistycznym podejściem do polityki zagranicznej. Polityka z każdej strony zbudowanej barykady czy lewej czy prawej jest coraz bardziej populistyczna. Czasami zastanawiam się gdzie to się zatrzyma. Czy jest to dobre? Każdy z nas ma na ten temat swoje zdanie, ale ja jestem za wolnością zarówno osobistą (oczywiście, w granicach społecznego rozsądku 🙂 ) jak i gospodarczą, a autokratyzm z reguły prowadzi do zmniejszania wolności w każdym aspekcie.
Poniżej standardowo fragment książki, w tym przypadku sam jej początek:
Rozdział 1: Sylwester
31 grudnia 1999 roku zorganizowaliśmy przyjęcie. Kończyło się jedno tysiąclecie, zaczynało kolejne i ludzie bardzo chcieli świętować, najlepiej w jakimś egzotycznym miejscu. Nasze przyj żęcie spełniało ten warunek. Wyprawiliśmy je w Chobielinie, dworku w północno-zachodniej Polsce, który mój mąż i jego rodzice kupili dekadę wcześniej – za cenę cegieł – kiedy była to jeszcze opuszczona, zapleśniała ruina, nieremontowana, odkąd poprzedni właściciele uciekli przed Armią Czerwoną w 1945 roku. Zdążyliśmy odnowić dom, przynajmniej w dużej części, choć trwało to bardzo długo. W roku 1999 nie był całkowicie gotowy, ale miał już nowy dach oraz wielki, świeżo pomalowany, pozbawiony mebli salon – wprost idealny na przyjęcie gości.
Zjechali zaprzyjaźnieni dziennikarze z Londynu i Moskwy, kilku dyplomatów niższego szczebla z Warszawy, dwoje przyjaciół z Nowego Jorku. W większości byli to jednak Polacy, nasi przyjaciele, znajomi mojego męża, Radka Sikorskiego, wówczas wiceministra spraw zagranicznych w centroprawicowym rządzie Jerzego Buzka. Byli miejscowi przyjaciele, koledzy Radka ze szkoły, sporo kuzynostwa. Zjawiła się też grupka młodawych dziennikarzy (nikt szczególnie znany), a także kilkoro urzędników państwowych oraz jeden czy dwóch młodych polityków rządzącej koalicji.
Większość z nas można było określić mianem konserwatystów, antykomunistów, czyli tego, co Polacy nazwaliby ogólnie prawicą. W tamtym momencie historii można było też nazwać nas liberałami: wolnorynkowcami, klasycznymi liberałami, może i taczerystami. Nawet ci z nas, którzy mieli mniej kategoryczne poglądy na kwestie gospodarcze, wierzyli w demokrację, rządy prawa, mechanizmy kontroli i równowagi, w Polskę, która należy do NATO i zmierza do członkostwa w Unii Europejskiej, Polskę stanowiącą integralną część współczesnej Europy. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku to właśnie oznaczało „bycie prawicą”.
Przyjęcie było dość niezborne. W latach dziewięćdziesiątych na polskiej wsi nie było czegoś takiego jak catering, więc nagotowałyśmy z teściową kilka garów gulaszu i pieczonych buraczków. Nie było też hoteli, więc nasi goście, których było około setki, nocowali po sąsiadach lub u naszych przyjaciół w pobliskim mieście. Miałam listę tego, kto gdzie śpi, ale i tak niektórzy wylądowali u nas – albo na podłodze, albo w piwnicy. W nocy odpaliliśmy fajerwerki – tanie, chińskie, od pewnego czasu dostępne wszędzie, ale najprawdopodobniej niebezpieczne.
Muzyka (z kaset, była to bowiem epoka przed nastaniem Spotify) była przyczyną jedynego poważnego podziału kulturowego wieczoru: moi amerykańscy przyjaciele słuchali na studiach zupełnie innych piosenek niż Polacy, więc trudno było sprawić, by wszyscy chcieli tańczyć równocześnie. W pewnym momencie poszłam na górę, dowiedziałam się, że Borys Jelcyn ustąpił ze stanowiska, napisałam krótki komentarz do brytyjskiej gazety, zeszłam na dół i wypiłam kolejny kieliszek wina. Koło trzeciej nad ranem pewna stuknięta Polka wyjęła z torebki mały pistolet i z czystego entuzjazmu wystrzeliła w powietrze kilka ślepaków.
Takie to było przyjęcie. Trwało całą noc, następnego popołudnia rozwinęło się w „brunch” przesiąknięty ówczesnym optymizmem, który dobrze pamiętam. Odbudowaliśmy zrujnowany dom. Nasi przyjaciele odbudowywali kraj. Nigdy nie zapomnę spaceru po śniegu – może w przeddzień przyjęcia, może dzień po nim – kiedy szliśmy dwujęzyczną grupą, wszyscy mówili równocześnie, angielski z polskim mieszały się i niosły echem po brzezinie. Polska była o krok od dołączenia do Zachodu i w tamtej chwili wydawało się, że wszyscy gramy w jednej drużynie. Zgadzaliśmy się w kwestii demokracji, drogi wiodącej do dobrobytu, kierunku, w którzym wszystko zmierzało.
Tamta chwila minęła. Dziś, prawie dwadzieścia lat później, kiedy widzę na ulicy niektórych ludzi, których gościłam na tamtym sylwestrze, przechodzę na drugą stronę. Oni z kolei nie tylko nie przekroczyliby dziś progu mojego domu, ale wstydzą się przyznać, że w ogóle w nim kiedyś byli. Połowa tych, którzy uczestniczyli w tamtym przyjęciu, nie rozmawia już z drugą połową. Podziały są polityczne, nie osobiste. Polskie społeczeństwo jest dziś jednym z najbardziej spolaryzowanych w Europie.
Znaleźliśmy się po dwóch stronach głębokiej przepaści, która dzieli nie tylko to, co kiedyś było polską prawicą, ale też prawicę węgierską, hiszpańską, francuską, włoską, a także – z pewnymi różnicami – prawicę brytyjską i amerykańską.
Swoisty raport, który popełniła Pani Applebaum nie jest zbyt długi, więc czyta się go bardzo szybko i sprawnie pochłania kolejne strony, także sama książka nie powinna sprawić problemów nawet osobom, które czytać książek nie lubią lub nie mają na to czasu. Ja ze swojej strony oceniam książkę 7/10, ponieważ mimo wszystko jest to subiektywna opinia Pani Applebaum z którą nie we wszystkich aspektach się zgadzam, a kilka zagadnień było poruszonych tylko po macoszemu, mimo że sam temat wymagałby zgłębienia problemu. Niemniej polecam zapoznać się z tą pozycją, chociaż osobom o bardziej konserwatywnych poglądach może przysporzyć nieco podwyższonego ciśnienia 🙂