Koniec roku i Stulecie chirurgów – Jürgen Thorwald

Kończymy rok 2023. Mam nadzieję, że mimo różnych zawiłości, niestabilnej sytuacji na rynku, inflacji itd. rok ten był dla Was udany i będziecie go dobrze wspominali. Na pewno nie mogę sobie w moich celach na ten rok odznaczyć, że byłem regularny we wpisach tutaj, pozostaje mi tylko po raz kolejny obiecać poprawę. 🙂 Dla mnie ten rok był bardzo dobry i z nadzieją na przynajmniej utrzymanie tego trendu patrzę w przyszłość. Życzę Wam również, żeby przyszły 2024 rok był dla Was bardzo owocny, żeby finanse się zgadzały i żeby zdrówko dopisywało, z taką podstawą całą resztę można wyklarować samemu 🙂

Przechodząc do tytułowego dzieła – to jest moje odkrycie ostatnich miesięcy. „Stulecie chirurgów” to książka, która zabiera czytelnika w krwawą podróż po historii nowoczesnej chirurgii. Autor, wybitny historyk medycyny, opowiada o przełomowych odkryciach i wynalazkach, które zmieniły oblicze tej dziedziny nauki i ratowały życie milionów ludzi.
Książka jest napisana w formie zbeletryzowanej, na podstawie wspomnień fikcyjnego chirurga H. St. Hartmanna, rzekomego dziadka autora. Hartmann jest świadkiem i uczestnikiem wielu dramatycznych i fascynujących wydarzeń, które miały miejsce w XIX wieku, kiedy chirurgia była jeszcze “działaniem po omacku”. Narzędzia, którymi się posługiwał, były bardzo pospolite i niekoniecznie kojarzą się obecnie z chirurgią. Znieczulenie, antyseptyka, aseptyka, transfuzja krwi, operacje serca – to wszystko było wtedy nieznane lub eksperymentalne, a bardzo często uznawane były za swego rodzaju herezję w odniesieniu do medycyny stosowanej w tamtym czasie.
Thorwald z mistrzowską umiejętnością łączy fakty historyczne z emocjami i napięciem. Nie oszczędza czytelnika szczegółów i opisuje operacje z chirurgiczną precyzją, ale też z ludzkim współczuciem. Pokazuje zarówno sukcesy, jak i porażki, triumfy, i tragedie, heroizm, i tchórzostwo, a także oszustwa do jakich posuwali się niektórzy lekarze, żeby przedstawić, że to właśnie ich metodologia jest tą właściwą. Przedstawia nie tylko postępy medyczne, ale też społeczne i kulturowe aspekty chirurgii, takie jak etyka, prawo i szacunek dla pacjenta.
Stulecie chirurgów to książka, która nie tylko edukuje, ale też porusza i wzbudza podziw. To opowieść o ludziach, którzy ryzykowali własne życie i reputację, aby poszerzać granice wiedzy i umiejętności. To hołd dla pionierów chirurgii, którzy przyczynili się do rozwoju medycyny i tym samym całej cywilizacji. Czyta się tę książkę jednym tchem, dlatego jeżeli ktoś obecnie odpoczywa sobie na koniec roku w domku i nie wie co porobić to polecam sięgnąć po tę pozycję, moim zdaniem się nie zawiedziecie.

Poniżej wrzucam standardowo fragment książki, żebyście mogli sami zdecydować czy taka treść Was zainteresuje:

Późnym wieczorem 20 grudnia, kiedy zmagając się z własną głęboko ukrytą niepewnością, siedział nad książkami i studiował anatomię jamy brzusznej, do jego drzwi zapukał James.
– Czego chcesz? – zapytał McDowell.
– Cała osada jest wzburzona – rzekł James. – Jutro proboszcz po raz pierwszy przemówi przeciw tobie. Ludzie zaatakują dom, jeżeli…
McDowell podniósł z wolna wzrok znad książek.
– Sądzę, że szeryf ochroni mój dom przed tymi głupcami.
– Co może szeryf przeciw tłumom?
McDowell nie odpowiedział.
Gdy James odszedł, podparł jednak głowę obu rękami. Długo tak siedział, milcząc, wpatrzony przed siebie. Potem znużonym krokiem przeszedł do pokoju mieszkalnego. Zastał Sarę schyloną nad robótką ręczną. Stanął koło drzwi i przypatrywał się jej.
– Efraim – rzekła – nie musisz mnie pytać. Rób, co powinieneś.
– Spróbuję rano w dzień Bożego Narodzenia – powiedział. – Może tego dnia zachowają spokój.
Gdy rankiem pierwszego dnia świąt zabrzmiały dzwony i mieszkańcy Danville tłumnie ciągnęli do kościoła, McDowell poczynił ostatnie przygotowania. Ustawił wielki dębowy stół, położył na nim białe płótno, a do nóg przymocował kilka sznurów, by móc unieruchomić panią Crawford. Kazał przygotować gorącą i zimną wodę i trzymać w pogotowiu bandaże i szarpie. Gdy krzątał się, porządkując ostatecznie instrumenty i udzielając ostatnich wskazówek Charlesowi, jak ma je podawać, zauważył, że za jego plecami otwarły się drzwi. Odwrócił się. Stał w nich James.
– To ty? – zapytał.
– Ja.
– Czego jeszcze chcesz?
– Namyśliłem się – odparł. – Jeżeli już nie mogę cię od tego odwieść, muszę ci przynajmniej pomóc.
McDowell nie odpowiedział, ale nie bronił się, gdy James zdjął marynarkę i zawinął rękawy koszuli. Nie zauważył także wyrazu ulgi na dziecinnej twarzy Charlesa. Powiedział:
– Charles, poproś panią Crawford. Wszystko przygotowane.
Przygarbił się, jak w tej pierwszej, rozstrzygającej godzinie tam, w Motleys Glen. Gdy Jane Crawford wsparta na pani Baker weszła do pokoju, skończył się właśnie świąteczny śpiew w kościele. Teraz rozpoczął kaznodzieja. Pani Baker rozebrała panią Crawford i pomogła jej dźwignąć ciężkie, zniekształcone ciało na stół.
– Dok – powiedziała Jane Crawford, patrząc na sznury – na pewno nie będę krzyczała. Nie musi mnie pan przywiązywać.
– Wierzę – odparł McDowell – ale tak będzie lepiej.
Włożył parę pastylek opium w jej usta o wąskich wargach, jedyny środek, jaki w tych dniach dorywczo łagodził ból. Niczego więcej prócz chwilowej ulgi nie osiągano, a często nawet i tego nie.
Potem pochylił się nad napiętym ciałem. Piórem naznaczył na skórze linię, wzdłuż której zamierzał otworzyć jamę brzuszną. Zrobił to po lewej stronie, w odległości trzech cali od musculus rectus abdominalis.
Potem ujął skalpel, a James wziął swój.
Gdy Jane Crawford ujrzała ostrza, zamknęła oczy. Zaraz potem zaczęła głośno śpiewać. Śpiewała psalm. W rozstrzygającej godzinie, w której nawet jej hart i zdecydowanie mogły się zachwiać, oparła się na swej wierze i Bogu.
W chwili gdy McDowell wykonał pierwsze cięcie i przekroił skórę, głos Jane Crawford zachwiał się. Jej ciało wygięło się, a ręce zwarły na kantach stołu; mimo cierpienia nie przerwała śpiewu. McDowell zgodnie z tym, do czego doszedł, rozmyślając przez wiele poprzednich dni, przedarł się do warstwy mięśni. Pokrywa brzuszna była silnie wzdęta przez ucisk łęku u siodła. Przeciął otrzewną. Jak wypchnięte pięścią, trzewia wypłynęły na stół. McDowell i James, przerażeni, usiłowali je wepchnąć z powrotem przez ranę, ale im się nie udało. Olbrzymi guz, który wypełniał większą część jamy brzusznej, zamykał drogę.
Głos śpiewającej podnosił się i opadał, z jej piersi dobywał się chrapliwy oddech. Mimo to zachowała się w sposób, który ludziom naszych czasów wydaje się nie do pojęcia: nie krzyczała, gdy skończyła pierwszy psalm, zaintonowała drugi. Knykcie jej dłoni pobielały, a jednak śpiewała. Śpiewała najstraszniejszy, a zarazem najbardziej radosny psalm, jaki McDowell słyszał kiedykolwiek.
Zatamował krew. Za kiszkami, które wypłynęły, w polu widzenia pojawił się guz. McDowell próbował objąć go rękami i wyciągnąć, był jednak za wielki, by przejść przez ranę. Tkwił na jajowodach jak przejrzały, potężny owoc na szypułce. Wtedy McDowell ujął jedwabną ligaturę i ciasno podwiązał jajowód od strony macicy. Potem po krótkim, pośpiesznym namyśle dwoma cięciami otworzył torbiel. Wypełniona była twardą, galaretowatą masą. James ujął łyżkę, by ją wygarnąć, pracował drżącymi rękami. Gdy później zważył wydobytą masę, okazało się, że ciężar jej wynosił czternaście funtów [Pozwolę sobie dopisać do książki, żeby szybko sobie uświadomić jak wielki był guz – to prawie 6,4 kg zawarości]. Kobieta ciągle jeszcze śpiewała. Był to najstraszniejszy, najbardziej wstrząsający śpiew, jaki mógł się wydobyć z ust ludzkich. Ale słabł coraz bardziej. „Alleluja” – zabrzmiało przeciągle i głucho; przerwał je przytłumiony krzyk, gdy McDowell opróżniony worek torbieli jednym cięciem oddzielił od macicy i, skąpany w pocie, chwytając oddech, upuścił go na stół. Także ten worek zważono później: ważył przeszło siedem funtów [Kobieta nosiła w sobie około 10 kilogramowy guz!]. McDowell nasłuchiwał z takim napięciem każdej zmiany w przepełnionym bólem śpiewie, że nie zauważył zbliżającej się wrzawy. Dopiero gdy na chwilę zwrócił spojrzenie na okno, ujrzał nadciągający groźny tłum. Okrzyki były tak silne, że można je było rozróżnić nawet w pokoju: „Wyciągnąć go z domu! Ratujcie Jane Crawford!”. Zlały się w chór.

Aby poznać dalsze losy Pana McDowella i innych pionierów chirurgi odsyłam oczywiście do „Stulecia chirurgów” pióra Jürgena Thorwalda. Mam nadzieję, że powyższy fragment Was zainteresował, bo moim zdaniem naprawdę lektura jest ciekawa i daje zupełnie inne spojrzenie na to jak chirurgia wyglądała przed wielkimi przemianami i jakiego poświecenia musieli dokonywać ludzie rozwijający medycynę w tamtym czasie.

Na zakończenie, ze swojej strony życzę wam jeszcze raz wszystkiego dobrego i do siego roku! Mam nadzieję, że w 2024 będziemy się tutaj widywali częściej. 🙂

2 thoughts on “Koniec roku i Stulecie chirurgów – Jürgen Thorwald

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Może Ci się również spodobać